menu

Dlaczego Newsweek zrobił to, co zrobił?

informacje kołobrzeg, robert dziembaNie czytam tygodnika pt. "Newsweek". Widać dlatego, że słowo "news" jest przez tę redakcję rozumiane opacznie. A jej ofiarą staje się kardynał Nycz.


Od tygodnia nie mogę opędzić się od telefonów dziennikarzy z ogólnopolskich tytułów, ba, i przedstawicieli zagranicznych redakcji nie brakuje. Byłem zdziwiony zainteresowaniem tych mediów sprawą księdza Zbigniewa R., skazanego za molestowanie seksualne nieletnich, a także Marcina K., który deklaruje w mediach, że będzie żądał odszkodowania jako poszkodowany przez byłego proboszcza Parafii św. Wojciecha w Kołobrzegu. Dopiero, gdy znajomy podesłał mi fragment internetowego wydawania "Newsweeka", zrozumiałem o co chodzi. Szkoda, że tak późno.

Bodajże w lutym skontaktowała się ze mną dziennikarka "Newsweeka". Rozmawialiśmy z pół godziny o sprawie księdza Zbigniewa R. Zastrzegłem sobie, że wszelkie moje wypowiedzi chcę autoryzować i chciałbym znać datę wydania. Pani redaktor zadeklarowała, że otrzymam wszystko na pocztę elektroniczną. Jeszcze podałem jej informacje, jak znaleźć informacje o księdzu R. na portalu Miastokolobrzeg.pl. Niestety, nic nigdy do mnie nie dotarło. Teraz dopiero dowiedziałem się, że w "Newsweeku" ukazał się tekst pt. "Biskup nie przeprasza". Znam wersję elektroniczną tego artykułu, gdyż nie czytuję "Newsweeka", jestem od wielu lat czytelnikiem "Polityki". No i czytam takie oto rewelacje: "Kilka lat później przypadkiem księdza R. zajął się Robert Dziemba, wtedy dziennikarz radiowy, do którego zgłosiła się matka innej ofiary. Dziemba zawiadomił hierarchów z Koszalina (w tym, jak wynika z zeznań przed sądem, również ówczesnego biskupa koszalińskiego, a dziś metropolitę warszawskiego, kard. Kazimierza Nycza) ...". Tyle, że to nieprawda.

Nie jest prawdą, że jako dziennikarz radiowy zająłem się sprawą księdza R. Bo jako dziennikarz niewiele miałem do zrobienia. Prawdą jest natomiast, że w 2006 lub 2007 roku, gdy pracowałem jako dziennikarz "Radia Kołobrzeg", zgłosili się do mnie rodzice molestowanego chłopca. Twierdzili, że molestował go R. Zaproponowałem, że spotkamy się wspólnie z prokuratorem rejonowym, tam zgłoszą sprawę, a ja to nagłośnię. Następnego dnia, sprawa została odwołana, rodzice nie chcieli iść do prokuratora, nie mieli zaufania do śledczych. Zażądali anonimowości i ją dostali. Nie jest więc prawdą, jakoby zgłosiła się do mnie tylko matka molestowanego chłopca - był też ojciec. Ponieważ jednak sygnał był niepokojący, skontaktowałem się z jednym z księży z Kurii Biskupiej w Koszalinie. Poinformowałem go w zaufaniu o samym fakcie, bez szczegółów, bo wydało mi się to dość niepokojące - ci ludzie byli wiarygodni, przejęci, a ofiarą mogło być dziecko. Nie jest więc prawdą, że zawiadomiłem hierarchów, a więc biskupów, a na pewno nie rozmawiałem w tej sprawie z obecnym metropolitą warszawskim kardynałem Kazimierzem Nyczem. Mogę się jedynie domyślać, że ta informacja została mu przekazana. I ten sens mojej wypowiedzi przekazałem jako świadek w sprawie Sądowi Rejonowemu w Kołobrzegu. Nie jest więc prawdą, że z moich zeznań wynika co innego. Oznacza to, że Kuria Biskupia wiedziała czy też była powiadomiona o sprawie, ale czy wiedział o tym kardynał, tego wiedzieć nie mogę. Nigdy go o to nie pytałem.

Moje negatywne zaskoczenie artykułem jest tym większe, że znalazłem moją inną, przeinaczoną wypowiedź, którą przypisano... anonimowemu księdzu z Kołobrzegu. Oto cytat: "Od trzech miesięcy czekamy na to, by biskup przybył i za księdza R. przeprosił wszystkich wiernych – przyznaje miejscowy duchowny, prosząc o anonimowość. – Wręcz czuje się w mieście napięcie, kiedy to się stanie.  I czy w ogóle się stanie". Nie wiem jak dziennikarce "Newsweeka" udało się włożył mnie między stan kapłański, ani dlaczego wypaczyła moje słowa. Pamiętam jak dziś mój komentarz do całej sprawy, że milczenie Kościoła i biskupa diecezjalnego w sprawie molestowania w Kołobrzegu nie służy Kościołowi i sprawa powinna zostać wyjaśniona wiernym przez biskupa i duszpasterzy. Zwróciłem także uwagę, a pamiętam to doskonale, właśnie, że czuć napięcie w tym temacie po wyroku skazującym na księdza R.

Czytając artykuł w "Newsweeku" przeżyłem szok. Co to za dziennikarstwo, w którym robi się takie rzeczy z cudzymi wypowiedziami? Czemu ma służyć takie sztuczne wzmacnianie faktów? Nie wierzę bowiem, aby znalazł się w tym mieście jakiś ksiądz, który ma identyczne zdanie jak jak, już nie wspomnę, aby siedział i nadawał z dziennikarką "Newsweeka", bo to wybitnie mało prawdopodobne. Dlaczego przeinacza się fakty i nie dotrzymuje słowa?

Po lekturze "Newsweeka" odmawiam rozmowy z jakimikolwiek mediami w przedmiotowej sprawie. Dziennikarze udają, że są mili do momentu, gdy już wiedzą, że mojego stanowiska nie zmieni nawet najbardziej debilna argumentacja z ich strony. Jakiś dziennikarz z TVN próbował ruszyć moje ego twierdząc, że poszuka kogoś innego w tym temacie, kogoś, kto będzie miał więcej odwagi, żeby zmienić sytuację ofiar pedofilii w Kościele. Po tym, gdy ja stałem się ofiarą Newsweeka, mam wątpliwości, czy ci dziennikarze szukają ludzi odważnych, czy frajerów, dzięki którym wzmocnią swoje materiały i zarobią swoją wierszówkę. Ja, na razie zarobiłem w twarz.

W przedmiotowej sprawie, po nowelizacji Prawa prasowego, niestety nie mogę już wysłać sprostowania do "Newsweeka", bowiem od publikacji minęło 21 dni. Wyślę jednak moje oświadczenie do Tomasza Lisa, redaktora naczelnego, a także skontaktuję się z kardynałem Kazimierzem Nyczem, aby osobiście wyjaśnić mu sprawę, bowiem nie ze swojej winy stałem się osobą, która bezpośrednio go pomawia i to za pomocą gazety, która ukazuje się w wielotysięcznym nakładzie.

P.S. Po odmowie rozmów z mediami, otrzymałem wiadomość od poszkodowanego Marcina K. z pytaniem, czy Kościół już mnie nastraszył. Rzecz w tym, że nie boję się Kościoła i jego hierarchów. Boję się mediów, które za cenę sensacji robią to, co wobec mojej osoby "Newsweek".

Robert Dziemba

Dodaj komentarz

UWAGA!
Komentarze są prywatnymi opiniami Czytelników, za które redakcja nie ponosi odpowiedzialności. Publikowanie jest jednoznaczne z akceptacją regulaminu. Jeśli jakikolwiek komentarz narusza obowiązujące prawo lub zasady współżycia społecznego, prosimy o kontakt (napisz do nas). Komentarze niezwiązane z artykułem, naruszające regulamin lub zawierające uwagi do redakcji, będą usuwane.

Komentarze zostaną opublikowane po akceptacji przez moderatora.

Kod antyspamowy
Odśwież