Overcast Clouds

13°C

Kołobrzeg

16 kwietnia 2024    |    Imieniny: Julia, Erwina, Benedykt
16 kwietnia 2024    
    Imieniny: Julia, Erwina, Benedykt

Redakcja: tel. 500-166-222 poczta@miastokolobrzeg.pl

Portal Miasto Kołobrzeg FBPortal Miasto Kołobrzeg na YT

Regionalny Portal Informacyjny Miasta Kołobrzeg i okolic

reklama

reklama

Leczenie kompleksów na WałęsieCieszę się z polemiki autorstwa mecenasa Edwarda Stępnia na temat Instytutu Pamięci Narodowej, a zwłaszcza z jej merytorycznego, a nie personalnego charakteru (przeczytaj). Jednakże swojej opinii o IPN de facto nie przedstawiłem, bo pisałem nie o IPN, ale o Lechu Wałęsie.


Żeby mieć jasność już na początku, powtórzę, że Lech Wałęsa w opinii historyków współpracował ze służbami PRL. Uważam również, że Instytut Pamięci Narodowej to potrzebna instytucja polskiej historii, ale niekoniecznie w obecnym wydaniu.

Istnieje podział pomiędzy częścią historyków akademickich (nie licząc uczelni „katolickich”) a historykami IPN. Nie znaczy to, że jedni są gorsi od drugich, przecież historycy IPN też musieli gdzieś zdobywać wykształcenie. Jednakże, mamy do czynienia z kryzysem postaw metodologicznych w naukach historycznych, o czym piszę od dawna. Podstawy nauki są ignorowane na rzecz budowania własnych opinii w oparciu o określone systemy filozoficzne. Po drugie, konflikt wzrasta w przypadku podziału na historyków pracujących w nurcie krytycznym i tych, których praca opiera się na własnej ideologii, albo też badaniach w ujęciu martyrologicznym, albo wręcz heroicznym. Tak zrodził się mit Żołnierzy Wyklętych, tak też powstała skądinąd niezwykle cenna książka mecenasa Edwarda Stępnia „Kołobrzeg – twierdza Solidarności”.

Lektura części, bo przecież nie wszystkich, prac z cyklu IPN lub o IPN, powoduje, że przyjęta nomenklatura musi budzić sprzeciw, gdyż jest oparta na prywatnych opiniach, sprzecznych często z podstawowymi faktami. I pierwszy lepszy cytat z brzegu – książka D. Koczwańskiej-Kality „(Nie)chciane dziecko III RP. Instytut Pamięci Narodowej 2000-2010”, niemal pierwsza strona pracy: „Po wyborach 4 czerwca 1989 r. (…), rozpoczął się proces odzyskiwania niepodległości”. Pomijając cały wywód na temat tego procesu, w literaturze przedmiotu nie budzi wątpliwości, że Polska była krajem niepodległym (W. Roszkowki „Historia Polski 1914-1996, s. 404; P. Kowal, M. Cieślik „Jaruzelski. Życie paradoksalne, s. 297 i n.; K. B. Janowski, „Źródła i przebieg zmiany politycznej w Polsce (1980-1989), s. 290). Czym innym natomiast był proces odzyskiwania suwerenności, a więc „władzy niezależnej w stosunkach zewnętrznych i najwyższej w stosunkach wewnętrznych, pierwotnej i prawnie nieograniczonej” (Encyklopedia Wiedzy Politycznej, PWN, s. 390). Nie wiem, być może ja mam takiego pecha, że czytając opracowania zrealizowane w IPN lub we współpracy, znajduję często w głównym nurcie badawczym prywatne wtrącenia, pejoratywne określenia, z góry przyjęty kontekst, czy wreszcie przejawy prywatnych sympatii politycznych autorów, rzutujący na ocenę faktów. Tymczasem, w nurcie akademickim, takie ujęcie tematu jest nie do przyjęcia i jest konsekwentnie eliminowane. Nie pozwala sobie na to nawet prof. Wojciech Polak („Stan wojenny – pierwsze dni”), choć znany jest ze swoich poglądów i podejścia do niektórych spraw.

Problem obecnie polega na tym, że ujęcie krytyczne staje się dla historyków problemem. Najlepiej jest zająć jakieś stanowisko, a więc opowiedzieć się za jedną ze stron trwających procesów społeczno-politycznych czy gospodarczych. Jest wtedy szansa, że znajdzie się jakiś obrońca tak opracowanych wyników badań. Inaczej, można dostać się w ogień wszystkich stron. Grecka tradycja słowa „kritikos” to umiejący rozróżniać, sądzić, oceniać, w efekcie, na tym opiera się analiza dobrych i złych stron jak fundament procesu poznawania i myślenia.

Zaangażowanie historyków powoduje pogwałcenie reżimu naukowego, upośledzenie aparatu badawczego i zniekształcenie wyników badań. Ciekawie pisał o tym K. Komorowski, zresztą w pracy zbiorowej IPN, ("Problemy badawcze Sił Zbrojnych RP - PRL"): „Nie ulega wątpliwości, że warstwa teoretyczno-ideologiczna niosąca emocjonalne perswazje utrudnia proces badawczy i, podobnie jak utarte stereotypy, przypominając otorbioną cystę, wykazuje zadziwiającą odporność na racjonalne argumenty”. Ofiarami aktywnej postawy historyków są czytelnicy, karmieni pracami po wielokroć jednoznacznie ustosunkowanymi, w dodatku wzmacniani pseudo wiedzą z prawicowych mediów, przyjmujący ją bezkrytycznie.

W kwestii wywodu mecenasa Stępnia o udostępnianiu materiałów przez IPN, stwierdzić należy, że jest on nie na temat. Autor wpadł bowiem w rytm tłumaczeń prezesa IPN, że on musiał, nie miał wyjścia, takie są przepisy. To ciekawe, że tak szybko zbiór „TW Bolek” trafił do historyków i dziennikarzy, bo pozostałe części odkrytych dokumentów w domach oficjeli PRL jakoś w ciągu kilkunastu już dni tak samo potraktowane nie zostały. Dlaczego? Bowiem nie włączono ich do zasobu IPN. I na razie na to się nie zanosi – nawet nie ma katalogu tych materiałów. Dlaczego jedne dokumenty można traktować tak, a inne już nie tak samo? To odwieczne pytanie wielu historyków, czekających jak petenci u drzwi IPN, gdy ich koledzy z IPN w teczkach mogą się taplać. To oczywiście nieuprawnione do końca stwierdzenie, ale tak niektórzy na to patrzą.

I gdy mecenas Stępień broni działań IPN, pisząc, że w działaniach IPN w sprawie Wałęsy można wybrzydzać, suchej nitki nie zostawia na nich Sławomir Cenckiewicz. Jak to bowiem możliwe, że przez tyle lat nikt nie sprawdził otwarcie wysuwanych podejrzeń, że w domach funkcjonariuszy aparatu reżimu mogą się znajdować ważne dokumenty, będące w zainteresowaniu IPN? Na to odpowiedzi na razie nie ma, podobnie jak nie ma odpowiedzi na pytanie, dlaczego właśnie teraz rzekomo wdowa po gen. Kiszczaku skontaktowała się z IPN. Moim zdaniem, to historyjka grubymi nićmi szyta. Dlatego uważam, że wraz z dokumentami na nie budzącą wątpliwości współpracę Lecha Wałęsy, powinniśmy poznać odpowiedź na pytanie nie tyle o kwestie grafologiczne, ale przede wszystkim jak przebiegały rozmowy z wdową po gen. Kiszczaku, dlaczego zwlekano z pozyskaniem dokumentów z domów dygnitarzy, skąd one się tam znalazły i czy źródło tych dokumentów jest pierwotne, a więc gen. Kiszczak zabrał je ze swojego biurka, czy wtórne, czyli czy mu je ktoś podrzucił „przy okazji”.

Moim zdaniem, ale nie tylko moim, bowiem te sprawy były w środowisku naukowym omawiane wielokrotnie, może nawet zbyt często, a świadczyć to już może o występowaniu pewnej patologii - pion naukowy, archiwalny i śledczy IPN wymagają gruntownej reformy. Broni się pion edukacyjny, ale i tam można nieco zmienić. Jaka jest skuteczność sprawdzania oświadczeń lustracyjnych, jakie są koszty śledztw IPN i ich wyniki? W ogólnej ocenie IPN, wystarczy posłuchać zarzutów Krzysztofa Wyszkowskiego, nie trzeba opierać się na mojej opinii. Różnica tylko jest taka, że ja widzę błędy, a Wyszkowski patologię, co splendoru IPN nie dodaje, aczkolwiek przecież Wyszkowski to radykał.

Zadaniem IPN jest budowanie świadomości historycznej. Obrońcy tej instytucji dziwią się, że IPN kojarzy się tylko z teczkami i lustracją, gdy tymczasem od początku istnienia konsekwentnie pracuje na taką właśnie opinię. Nie poprawia tego wir polityki, który okresowo instytutem kręci, w rytmie to jednych, to drugich radykalnych postaw, od likwidacji, do walki ze „zdrajcami i kapusiami”. Być może należy powrócić do postulatu prof. R. Stobieckiego, o stworzeniu konkurencyjnej dla IPN jednostki badawczej w oparciu o fundamenty akademickie, z budżetem, który pozwoliłby na realizowanie badań naukowych i pełnienie funkcji edukacyjnej.

Niedawno, w Radio Kołobrzeg mówiłem, że w środowiskach politycznych, współpraca z SB ma konkretną twarz i jednych się usprawiedliwia, drugich się skazuje. Na jednych podrabiano kwity, drudzy pisali sami. Lech Wałęsa współpracował z SB, to przekreśla jego dorobek, bo agent jako prezydent był u fundamentów budowy III RP – tak można rozumieć brzmienie narracji działaczy PiS i pozostałej prawicy w przedmiotowym temacie. Dziś, pojawił się temat teczki Jerzego Zelnika. W nurcie komentarzy jest i ten prezydenta Andrzeja Dudy, że ta współpraca Zelnika i tak nie ma znaczenia, bo Zelnik, oficjalny apologeta PiS, nie miał wpływu na wydarzenia po 1989 roku. Stawiam talary przeciw orzechom, że teraz odezwą się historycy, którzy nie kryją aksjologicznego i emocjonalnego związku z przedmiotem analizy i po raz kolejny udowodnią, jak zgniły jest fundament III RP. Kto się temu sprzeciwia, ten nie jest historykiem - to komunista i złodziej.

Dr Robert Dziemba

reklama

reklama

Dodaj komentarz

UWAGA!
Komentarze są prywatnymi opiniami Czytelników, za które redakcja nie ponosi odpowiedzialności. Publikowanie jest jednoznaczne z akceptacją regulaminu. Jeśli jakikolwiek komentarz narusza obowiązujące prawo lub zasady współżycia społecznego, prosimy o kontakt poczta@miastokolobrzeg.pl. Komentarze niezwiązane z artykułem, naruszające regulamin lub zawierające uwagi do redakcji, będą usuwane.

Komentarze zostaną opublikowane po akceptacji przez moderatora.

Zgody wymagane prawem - potwierdź aby wysłać komentarz



Kod antyspamowy
Odśwież

Administratorem danych osobowych jest  Wydawnictwo AMBERPRESS z siedzibą w Kołobrzegu przy ul. Zaplecznej 9B/6 78-100 Kołobrzeg, o numerze NIP: 671-161-39-93. z którym możesz skontaktować się osobiście pod numerem telefonu 500-166-222 lub za pośrednictwem poczty elektronicznej wysyłając wiadomość mailową na adres poczta@miastokolobrzeg.pl Jednocześnie informujemy że zgodnie z rozporządzeniem o ochronie danych osobowych przysługuje ci prawo dostępu do swoich danych, możliwości ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania w zakresie wynikającym z obowiązującego prawa.

reklama